O FIBO 2018 subiektywnie

0
230 wyświetleń

Po raz pierwszy na FIBO byłam w 2007 roku. Wtedy odbywało się jeszcze w Essen. Pamiętam swoje wrażenia. Pierwszym stoiskiem, na które trafiał zwiedzający, było monumentalne stoisko marki Life Fitness. Robiło wrażenie na przybyszu z innej rzeczywistości. Pamiętam też, że z bijącym sercem testowałam maszyny marki Panatta i byłam oszołomiona widokiem pana Panatty w otoczeniu swoich bodyguardów.

 

Tekst Dorota Warowna

To były inne czasy. Branża fitness w Polsce była w innym miejscu, rozwijała się powoli, a branżowe życie też płynęło w innym tempie. Od pięciu lat współpracuję z targami FIBO. Magazyn Fitness Biznes, a teraz także portal, sprawdzają się w roli jednego z patronów medialnych tego wydarzenia. Przyznam, że bardzo lubię widok Magazynu Fitness Biznes na regałach pawilonu prasowego FIBO. Pięknie wygląda na tle innych europejskich czasopism branżowych.
Nie jeżdżę na każdą edycję tych targów. Uważam, że są lata gorsze i lepsze w historii rynku fitness, a to przekłada się także na jakość wydarzenia tej rangi. Dość przełomowe były lata, kiedy wystrzelił trend treningu funkcjonalnego. Wtedy też przyjechałam z FIBO z pomysłem na Functional Training Meeting, który przez trzy lata był jedyną imprezą tego typu dla trenerów personalnych. Wtedy poznałam też człowieka, który buduje potęgę Perform Better w Europie i organizuje wspaniałe wydarzenie dla trenerów – Functional Training Summit. W tym roku znowu pojawiło się to intuicyjne „muszę tam być” i bardzo się cieszę, że moja intuicja mnie nie zawiodła.

Spacerkiem po Kolonii
Musicie wiedzieć, że Kolonia, w której odbywają się targi, to miasto, w którym czuję się jak ryba w wodzie. Skończyłam gimnazjum w Niemczech, w okolicach Duesseldorfu, a w Kolonii raz na tydzień uczestniczyłam w zajęciach polskiego liceum. Będąc na targach, zawsze muszę znaleźć choćby chwilę na wagary. Długi spacer nad Renem i po Starówce to stały punkt programu. Zresztą, jak miałam okazję przekonać się i w tym roku, nie tylko mój punkt. Targi FIBO odbywają się w świetnej lokalizacji. Można do terenów targowych dojechać samochodem (tylko po co stać w korkach), pociągiem (stacja tuż przy wejściu na targi) lub dojść spacerem z centrum miasta. Tę opcję wybiera wiele osób. Dzięki temu właściwie już od Katedry Kolońskiej, przez most na Renie aż do Deutz, gdzie odbywa się FIBO, płynie tłum zwiedzających. Taki tłum ładnych, wysportowanych ludzi, często w strojach sportowych, które podkreślają wypracowaną sylwetkę. Idą, a właściwie płyną, wyprostowani i radośni. Lubię na nich patrzeć, bo widzę, jaką przyjemność sprawia im aktywny styl życia. A tak na marginesie, tę zmianę nawyków i ten udział aktywności fizycznej w życiu mieszkańców Kolonii widać także w centrum miasta, na głównej ulicy zakupowej. Tam też jest sportowo. Nawet duże domy handlowe robią ukłon w kierunku usportowionego klienta.

 

Korytarz o szczególnym znaczeniu
W tym roku (nie byłam w poprzednim, więc nie mam porównania) przed wszystkimi wejściami na tereny targowe ustawione były dodatkowe kontrole bezpieczeństwa. Organizatorzy zadbali jednak o płynność ruchu, więc tłum mógł wpłynąć bez problemu na korytarze i hale targowe. Dla tych, którzy jeszcze nie byli na FIBO, ważna informacja. Pamiętajcie o wygodnym obuwiu. Na FIBO macie szansę spokojnie zrobić ponad 15 km. Mój wynik w ciągu dwóch dni to 27 km. Do zwiedzenia w tym roku było dziewięć hal. Przyznam, że jedną odpuściłam całkowicie, bo wolałam poświęcić czas na udział w zajęciach, niż tłoczyć się z fanami kulturystyki i suplementacji. Z moich, ale nie tylko, obserwacji wynika, że tłok w halach 10.1 i 10.2, czyli lokalizacji FIBO POWER, zmniejsza się z każdym rokiem. Moja intuicja, czasem omylna, podpowiada mi, że zainteresowanie konsumenta ostatecznego przenosi się w inne rejony branży.
W porównaniu z FIBO w Essen sprzed lat, obecne FIBO w Kolonii ma bardziej klarowny podział i daje zwiedzającemu więcej oddechu. Kręgosłupem targów jest przestronny korytarz, który łączy wszystkie hale. W korytarzu można złapać oddech, zjeść, postać w kolejce do toalety, a także oddać się lekturze czasopism branżowych. Układ targów FIBO przypomina mi nieco tak zwane mieszkania rozkładowe, które nadal są najbardziej poszukiwanymi mieszkaniami na rynku nieruchomości. W przypadku mieszkania zupełnie nie rozumiem takiego układu, bo sama kocham otwarte przestrzenie i najchętniej zburzyłabym wszystkie ściany, ale w przypadku targów bardzo się to sprawdza. Bo uwierzcie mi, każdy ze zwiedzających w pewnym momencie potrzebuje oddechu, który da mu ten korytarz lub patio, na którym przy sprzyjających warunkach pogodowych także kwitnie targowe życie towarzyskie.

Po co jedzie się na FIBO?
Patrząc na niestety skromniejszą niż w latach ubiegłych reprezentację zwiedzających z Polski (to spostrzeżenia moje i wystawców, statystyki będą dostępne za kilka tygodni), powinnam chyba jednak odpowiedzieć na to pytanie. Jedzie się tam oczywiście po to, żeby odetchnąć powietrzem tego wydarzenia, zainspirować się, przemyśleć z dystansu swoje działania, przyjrzeć się producentom, dystrybutorom i ich ofercie, porozmawiać o branży (to potężny nadbagaż, który leci z nami do Polski). Trzeba pojechać, żeby po prostu tam być, bo nie ma drugiej takiej imprezy w Europie. To nie jest lot za ocean. To półtorej godziny w samolocie i maksymalnie godzina na dojazd z lotniska na targi. To nie wakacje na Mauritiusie za 10 000 zł, tylko, przy odpowiednio wczesnym planowaniu wyjazdu, 1000 zł na bilet lotniczy i nocleg (na jedzeniu zawsze można oszczędzić. W końcu Polak potrafi i pić piwa nie musi). Trzeba pojechać też dlatego, że w Polsce na żadnej imprezie nie będziecie mogli zobaczyć tak dużo.
To, co przywieziecie ze sobą z Kolonii bacznie obserwując przez co najmniej dwa dni (chociaż u początkujących „fibowiczów” dwa dni mogą wywołać zbyt duży szok. Warto zacząć od targowej terapii 4-dniowej).

Co zobaczyłam?
Zmęczyła mnie ta dwudniowa intensywna wyprawa, ale wróciłam do domu z gotowym podsumowaniem i zachwytem jednocześnie. Otóż. Powiecie, cóż nowego można wymyślić w branży fitness? Wszystko już przecież było. Jasne, że było, ale można zbudować wokół tego, co już jest, historię, którą, co jest zadaniem klubów fitness właśnie, trzeba opowiedzieć klientom. Wielu producentów sprzętu do treningu nie proponuje już jedynie sprzętu, nie sprzedaje urządzeń. Sprzedaje koncepcje i pewną filozofię. Bardzo znamienna była forma prezentacji nowych rowerów stacjonarnych marki Technogym. Prezentacja miała miejsce w zaaranżowanym w teatr kontenerze ustawionym poza halą wystawową. Trening odbywał się na scenie. Trening był wyścigiem, a ćwiczący zawodnikami. To już nie były zwykłe zajęcia. To wyreżyserowany spektakl, rywalizacja, doskonała rozrywka. Ten nowy rower nie jest już tylko rowerem. Jest kluczem do innej rzeczywistości, której nasz klient potrzebuje dla relaksu, odstresowania. Z nieukrywaną przyjemnością wzięłam również udział w testach urządzeń na stoisku Matrixa i w treningu na MX4 prowadzonym przez żywiołowego Steve’a Barretta. Musiałam spalić trochę kalorii, bo barek serwował pyszne hot dogi. U Matrixa z kolei pomyślano o ciekawym rozwiązaniu dla klubów pod nazwą Connected Solutions. O nim szerzej na naszym portalu. Imponująco prezentował się na stoisku marki Precor okazały egzemplarz Queenaxa. To również jeden ze sprzętów, które oferują wiele możliwości i wciągają ćwiczących do zabawy. Pod warunkiem, że umiemy to odpowiednio sprzedać klubowiczom.
Pierwszego dnia zwiedzałam targi trochę chaotycznie. Musiałam oswoić się z ogromem bodźców. Po nocnej lekturze planów FIBO 2018 i listy wystawców drugi dzień był już zdecydowanie bardziej uporządkowany. Odwiedziłam lub przemknęłam obok polskich wystawców, takich jak m.in.: Gipara Fitness, Mastersport, Atepaa, Perfectgym, Fitnessclub24, Funfit, Apus Sports, Thorn+Fit, Naomi Design, efitness, a także zajrzałam na stoiska marek zagranicznych z polskimi przedstawicielami – Xbody, innline, miha, Gerflor, Sportsart, Les Mills. Dziękuję za miłe branżowe pogaduchy tym, których zastałam na posterunku 🙂

Moje fascynacje
Jak wielu z was zapewne wie, jestem wielkim fanem jogi i zajęć w wodzie. Jedno i drugie daje mi wielką radość i sprawność fizyczną. Dlatego też skorzystałam z okazji i w środku dnia w tłumie wskoczyłam do nieco zimnego basenu w strefie aqua ftnessu. Firma Beco zaopatrzyła mnie w kostium i ręcznik, więc nie mogłam nie skorzystać z udziału w zajęciach. Cudowne doświadczenie. Podobnie jak ćwiczenia na yoga board. O tym sprzęcie, który urozmaica praktykowanie jogi, już niebawem na portalu. Może będzie okazja do przetestowania go także niebawem w Polsce. Z pewnością o tym poinformujemy.

 

Na zakończenie
Targi jeszcze we mnie dojrzewają. Muszę je jeszcze przetrawić. To proces. Ale już teraz wiem, że przywiozłam ze sobą całą walizkę inspiracji, które wykorzystam w mojej pracy. I was zachęcam do czerpania pełnymi garściami z takich wydarzeń. FIBO jest raz w roku i tylko 1115 km od Warszawy, 816 km od Poznania i 1144 km od Gdańska. Nie szukajcie wymówek. Spotkajmy się za rok w Kolonii.

- REKLAMA -