Złodziejaszki w Londynie

0
122 wyświetleń

– czyli o tym, jak w poszukiwaniu inspiracji dotarliśmy do stolicy Anglii, by wziąć pod lupę kluby fitness i …kraść od najlepszych!

Krystian Kempa, Szymon Gołaszewski

Maksyma „jak kopiować, to od najlepszych; jak kraść, to miliony” – przyświecała naszej podróży, a że na złodziejskim fachu znamy się niczym siostry Godlewskie na śpiewaniu, jako cel i ostateczną wartość wyprawy przyjęliśmy misję, by „twórczo zaadaptować” to, co uznamy za warte „grzechu”. I tu się pojawia pytanie…

Czy taka kradzież to grzech?

W lutym 2014 roku Seth Godin (specjalista od marketingu idei) na stronie TED opublikował tekst pt. „Why I want you to steal my ideas?” („Dlaczego chcę, żebyś kradł moje pomysły?”). W artykule udowadnia, że nie przeszkadza mu, jeśli ktoś podbiera mu pomysły, sposoby rozwiązywania problemów lub podkrada tematy i ich uzasadnienia z jego bloga. Nauka przez naśladownictwo i modelowanie zachowań sprawdza się w wielu dziedzinach, jak np. gotowanie, a z racji że przebywaliśmy w ojczyźnie Beatlesów warto zaznaczyć, że nawet oni zaczynali od wykonywania piosenek obcego autorstwa, gdy na początku nie mieli zbyt wielu własnych kompozycji.
W oczach Godina nie ma problemu tak długo, dopóki kradnący pomysł rozwinie go i ulepszy. I takimi właśnie oczyma staraliśmy się rejestrować różne patenty, aby później wdrażać je z maestrią i subtelnością, jednocześnie rozwijając i adaptując do naszych lokalnych warunków.

Dlaczego Londyn?

Stolica Anglii to mekka dla osób z branży fitness, chcących doświadczyć inspiracji. Jego ulice obsiane są klubami fitness jak Dolina Chochołowska krokusami. My z powodu profilu klubów, w których działamy, wybraliśmy jego ścisłe centrum, gdzie z racji biznesowego charakteru przeważają kluby segmentu premium lub klasy średniej-wyższej.

Wybierając się do Londynu, mieliśmy jasno określony cel – chłonięcie wszystkiego, co wiąże się z zasadami funkcjonowania i organizowania klubów, interesowały nas m.in.: wystrój odwiedzanych miejsc, metody przyjęcia nas na recepcji, oprowadzenia, zasady panujące w klubach, sposoby sprzedaży, retencji, marketing i komunikacja z klientami.
Sporządzając listę miejsc, kierowaliśmy się własnymi potrzebami i preferencjami. Chcieliśmy zobaczyć kluby, które pozycjonują się podobnie do naszych, aby skonfrontować naszą strategię i poszczególne taktyki z najlepszymi w branży.
W Londynie zaszyliśmy się niczym esperal – jako Polacy, którzy przyjechali na kilka miesięcy, by projektować w firmie zajmującej się designem, i na ten czas szukają miejsca, w którym mogliby utrzymać formę. Tylko w klubie Davida Lloyda byliśmy umówieni oficjalnie – jako przedstawiciele Bella Line Wellness Centrum z Polski. Tu warto dodać, że jeśli brać pod uwagę wysokość przychodów, ta sieć premium jest liderem w rankingu z 545 mln euro wygenerowanymi w 2018 roku! Z kolei w Europie sam brytyjski rynek fitness generuje przychody w wysokości 5,25 mld euro i znajduje się na 2. miejscu, zaraz po rynku niemieckim (5,33 mld euro).
Na naszym celowniku znalazły się kluby: Virgin Active (2x), DW Fitness First (2x), GYMBOX, Third Space, David Lloyd, PureGym, 1 Rebel, Equinox London i ROAR FITNESS.

DW Fitness First Bishopsgate

Krystian: – Ten klub najbardziej utkwił mi w pamięci! Od samego początku naszej wizyty w tym miejscu poczułem się tam mile widziany (co nie jest oczywiste). Osoba oprowadzająca (w tym przypadku menedżerka sprzedaży) wypytała nas o powód wizyty w klubie, cele treningowe – delikatnie zahaczając o tematy prywatne, przy czym robiła to w sposób, który nie naruszał naszej strefy komfortu. Wykazała się bardzo dużą cierpliwością, gdy opóźnialiśmy tempo wycieczki, testując zajęcia z wirtualnym trenerem, czy w dziwny dla niej sposób przyglądaliśmy się, z jakiego materiału zostały wykonane zdobienia ścian czy tabliczki informacyjne na ścianach ;). Ona jedyna zadała sobie trud sprawdzenia naszych nazwisk w internecie i skontaktowania się ze mną na drugi dzień po wizycie.
Equinox
Krystian: – Innym bardzo dobrym przykładem opieki nad potencjalnym klientem i miejscem, które powinno znaleźć się na liście każdej osoby, chcącej zobaczyć niezwykłe kluby fitness, jest Equinox E usytuowany przy St James’s St. Jest to klub średni, według mnie, pod względem wyposażenia stricte treningowego, ale wybitny pod względem designerskim, opieki nad klientem i usług dodatkowych. Osoba, która się nami zaopiekowała na czas oprowadzenia, nawiązała z nami fajną więź – między innymi poprzez wyrażenie swojego zachwytu dla polskiej kuchni. Cierpliwie tłumaczyła zasady panujące w klubie, wytłuszczając wszystko, co wyróżnia ich na tle konkurencji. Co ciekawe, tylko raz skupiła się na sprzęcie treningowym, prezentując nam bieżnie do zajęć grupowych.
Szymon: – Chciałem tylko dodać, że Julien, który nas oprowadzał, ani razu nie dał nam odczuć, że powinniśmy najpierw zajrzeć w portfele ;). Opłata wpisowa to jedyne 500£, a miesięczne członkostwo w kontrakcie rocznym (innych nie ma) to 350 funtów. Oczywiście w klubie standardem jest, że w godz. 6–9 można zostawić garnitur do odprasowania i buty do wyczyszczenia, w szatniach do dyspozycji są jednorazowe narzędzia, aby się ogolić czy uczesać. Wybrać można sobie nawet… temperaturę ręcznika, który zresztą w każdym odwiedzonym przez nas klubie był za darmo.

Virgin Active

Krystian: – Odwracając kartę, mam mieszane uczucia, wspominając oba kluby Virgin Active, które udało nam się zobaczyć. W moim odczuciu przyjęto nas tam bardzo oficjalnie, wręcz chłodno. Szczerze mówiąc, jedynym pozytywem, jaki zapamiętałem z tych wizyt, było moje ponowne zetknięcie (pierwsze miało miejsce w Delta Sports Dome Limerick), ze studiem altitude, czyli pomieszczeniem do zajęć cardio imitującym przebywanie na dużych wysokościach.
Szymon: – Jako wielki fan tej sieci: wszystko czego dowiedziałem się online – znalazło się w realu. Kluby bardzo przemyślane, trzymające wysoki poziom. Zwłaszcza Walbrook, z dość dużą strefą lounge, w której można napić się darmowej kawy, skorzystać z iMaca (jeśli nie masz swojego) lub po prostu spędzić czas w fajnym towarzystwie innych klubowiczów. Ciekawą innowacją były dwie sale odwzorowujące powietrze, którym można oddychać w Himalajach na wysokości od 500 do 5500 m n.p.m. Niższy poziom tlenu w studiu zwiększa liczbę czerwonych krwinek, dzięki czemu serce i płuca pracują ciężej, lecz wydajniej. Finalnie stajesz się silniejszy i wytrzymalszy. W takich warunkach mogą trenować nawet emeryci i renciści. Niestety, podczas wizyty studio było… popsute.
Rozumiem oprowadzających, których mogliśmy wyprowadzić z równowagi, zachowując się jak japońscy turyści zwiedzający toruńską Starówkę ;).

Ciąg dalszy londyńskich przygód Krystiana Kempy i Szymona Gołaszewskiego w aktualnym wydaniu Magazynu Fitness Biznes.

- REKLAMA -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ