Colin Grant, czyli jogowy potentat

0
68 wyświetleń

Dyrektorowi zarządzającemu firmy Pure Group posiadającej 35 klubów fitness i jogi w Azji Południowej porażka nie przeszła nigdy nawet przez myśl.

Catherine Larner, Club Business International
Zdjęcie: Club Business International
Tłumaczenie Barbara Kierzkowska

Praca Colina Granta jako przedsiębiorcy w branży fitness była mu po prostu pisana. W wieku 10 lat przeprowadził się wraz z rodziną do Hongkongu i z dużym powodzeniem grał w tenisa na poziomie niemal profesjonalnym, biorąc udział w takich turniejach, jak Puchar Davisa, Junior Wimbledon, Junior U.S. Open i Junior French Open. Już jako nastolatek zakładał start-upy w branży tenisa, rozrywki oraz branży kawowej. W roku 2001 wraz z Bruce’em Rockowitzem, przyjacielem i partnerem biznesowym, założył firmę Pure Group. Pierwszy klub Pure Yoga otworzyli w Hongkongu w 2002 roku. Dziś firma ta jest znaną marką life stylową, skupiającą 35 klubów Pure Yoga oraz Pure Fitness w Hongkongu, Singapurze, Tajpej, Szanghaju, Pekinie oraz Nowym Jorku, posiadającą 1900 pracowników oraz 80 000 klientów. W grudniu firma Pure otrzymała od przedsiębiorstwa FountainVest Partners, firmy private equity z siedzibą w Hongkongu, a także od funduszu emerytalnego Ontario Teachers’ Pension Plan środki na dalszy rozwój. W tym roku planowane jest otwarcie pięciu kolejnych klubów.

Hongkong jest dla ciebie drugą ojczyzną oraz miejscem, gdzie stworzyłeś grupę Pure – sieć dobrze prosperujących studiów jogi oraz klubów fitness. Opowiedz może na początek, jak to się stało, że tam trafiłeś.

– Urodziłem się w Nigerii. Moja matka była Brytyjką, a ojciec pochodził z Nowej Zelandii, czyli był, jak to się potocznie mówi, „Kiwi”. Był inżynierem budownictwa lądowego, dlatego dużo podróżowaliśmy, gdy na przykład delegowano go do Nigerii, Wielkiej Brytanii czy Iranu. W roku 1977, gdy miałem dziesięć lat, wysłano go na sześć miesięcy do Hongkongu do pracy przy budowie metra. Dziś – 41 lat później – pod wieloma względami czuję się w tym mieście u siebie. Ożeniłem się z dziewczyną stąd, mamy dwie córki, a przez ostatnie 16 lat rozwijałem tu Pure. Czuję, że bardzo się tu zadomowiłem.

Można odnieść wrażenie, że narodziny Pure traktujesz jako łut szczęścia i trafienie w dobry moment. Czy możesz więcej na ten temat powiedzieć?

– W roku 2002 byłem na urlopie golfowym w Kanadzie, ale ponieważ padało, ktoś zasugerował, żebyśmy spróbowali pójść na zajęcia jogi. Gdyby stało się to rok wcześniej, nie zgodziłbym się, ale z jakiegoś powodu byłem wtedy otwarty i chętny. Pamiętam dokładnie, że były to 90-minutowe zajęcia z hot jogi w czwartek o godzinie czwartej po południu. Ponieważ nigdy nie próbowałem jogi, nie miałem żadnych oczekiwań. Z zajęć wyszedłem jednak z myślą: „To było niesamowite!”. Zawsze dużo ćwiczyłem, chodziłem na siłownię, ale te zajęcia były zupełnie nowym doświadczeniem. Czułem to pod względem fizycznym, mentalnym i emocjonalnym. W głowie mi się przejaśniło i czułem się lżejszy. Następnego dnia odwołałem więc golfa i poszedłem zamiast tego na jogę. Gdy wróciłem do Hongkongu, odkryłem, że istnieją tylko trzy czy cztery studia jogi obsługujące ok. 50 studentów dziennie. Pomyślałem: „Otworzę studio jogi”. Z biznesowego punktu widzenia nie miało to sensu, bo joga w tamtym momencie nie była dochodowym przedsięwzięciwm. Po prostu wydawało mi się to bardziej odpowiednie.

Od wczesnych lat miałeś w sobie żyłkę przedsiębiorcy, dlatego tworzenie nowej firmy nie było dla ciebie tak do końca nowe.

– To prawda. Gdy miałem 12 lat, zostałem przedstawicielem zachodnioniemieckiej marki rakiet tenisowych i nart. Odkryłem wówczas – i była to ciężka próba – że ich narty są lepsze niż rakiety. Ale to mnie nie zniechęciło. Gdy miałem 13 lat, kupiłem własną maszynę do naciągania rakiet. Następnie w roku 1985, gdy miałem 18 lat, założyłem firmę Movieland, zajmującą się wypożyczaniem filmów. W roku 1991 wprowadziliśmy na rynek Mr. Bean Coffee i zaczęliśmy otwierać w całym Hongkongu świetnie prosperujące i rentowne kioski. Jednak w 2001 roku szukałem już czegoś innego. Razem z moim przyjacielem Bruce’em Rockowitzem, który był ze mną na wspomnianym urlopie golfowym, postanowiliśmy zainwestować milion dolarów w nasze pierwsze studio jogi. Pure powstało dlatego, że byliśmy ceniącymi sport przedsiębiorcami oraz entuzjastami jogi z potrzebnym do tego kapitałem oraz gotowością do podjęcia ryzyka. Dziś jesteśmy właścicielami dwóch marek: Pure Yoga i Pure Fitness, a Bruce jest prezesem grupy.

Dlaczego podjąłeś ryzyko, które innych jedynie by wystraszyło?

– Dla mnie robienie biznesu było zawsze czymś naturalnym. Nawet jeśli coś się nie uda, słońce i tak wzejdzie następnego dnia. Nie chcę jednak żałować, że nie próbowałem. Wydaje mi się, że ogromny wpływ miał na mnie tenis. Zacząłem startować w turniejach, gdy miałem jakieś osiem, dziewięć lat, a jako półzawodowiec – gdy miałem 11 lat. Wychodziłem z domu i szedłem grać z rówieśnikami. Nie miałem żadnego wsparcia – to zmusiło mnie do samodzielnego podejmowania decyzji i myślenia. Jeśli z kimś przegrywałem, mogłem dojść do wniosku, że być może mój backhand jest za słaby. Ćwiczyłem więc i w kolejnym meczu mogłem już ograć tego zawodnika. W mojej ocenie nie ma czegoś takiego jak porażka. Jest tylko nauka na własnych błędach. Jeśli nie popełniasz błędów, nie wykraczasz nigdy poza wytyczone granice i nie robisz nic nowatorskiego. Tylko nie popełniaj dwa razy tego samego błędu! Gra w tenisa i sport wyczynowy w ogóle ukształtowały mnie pod względem etyki zawodowej – wytyczyły sposób, w jaki podchodzę do problemów oraz jak radzę sobie z ludźmi. Miały też ogromny wpływ na to, jak patrzę na biznes.

Czym twój pierwszy klub w wieżowcu The Centrium w centrum Hongkongu różnił się od innych ówczesnych studiów jogi?

– Przede wszystkim ludzie mieli problemy ze znalezieniem innych tego typu miejsc. Przeważnie mieściły się one gdzieś przy ulicy, w jakiejś małej salce. Trzeba było mieć własną matę i ręcznik. My natomiast otworzyliśmy w nowo otwartym budynku studio o powierzchni 600 metrów kwadratowych. Nawet nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, że było to największe studio jogi na świecie: z piękną strefą relaksu, przyjemną recepcją oraz szatniami wyposażonymi w zamykane szafki, o których nikt wtedy nawet nie słyszał. Do dyspozycji gości były prysznice, maty i ręczniki. Pierwszego dnia ćwiczyło u nas 67 osób, a w ciągu miesiąca udało nam się dojść do 400 osób dziennie, pomimo bardzo znikomych działań reklamowych.

Dlaczego marka Pure Yoga wystartowała z takim powodzeniem?

– Joga sprzedawała się sama. W końcu opiera się na fenomenalnych podstawach wypracowanych na przestrzeni ponad 5000 lat. My tylko ją upowszechniliśmy. Zapewniliśmy dogodne, atrakcyjne i bardzo komfortowe warunki oraz świetnych nauczycieli. To było coś zupełnie nowego, a ludzie świetnie się czuli po każdych zajęciach. Dziś Pure Yoga to 30 różnych rodzajów zajęć.

Na ile dzisiejsza Pure Yoga przypomina tamto pierwsze studio? Jak wygląda to dzisiaj?

– Przez te ostatnie 16 lat wiele się zmieniło. W roku 2002 mężczyźni stanowili 10 proc. klientów, dziś jest to już 20 proc. W całej grupie ćwiczy z nami 20 000 osób. Tamto pierwsze studio nadal funkcjonuje, choć dziś zajmuje prawie 930 mkw. Z kolei jedno z naszych najnowszych studiów zajmuje powierzchnię 3200 mkw., czyli ponad trzy razy tyle, dając możliwość uprawiania jogi 1500 osobom dziennie. Mamy zajęcia dla osób początkujących, średniozaawansowanych i zaawansowanych. Przez cały dzień można u nas poćwiczyć na zajęciach trwających godzinę, półtorej lub dwie godziny. Organizujemy warsztaty, zajęcia intensywne, grupowe, sesje indywidualne oraz w małych grupach, a także wyjazdy na Bali, do Tajlandii czy na Sri Lankę. Tego lata pod marką Pure znajdzie się już 35 klubów, w tym 22 studia Pure Yoga zlokalizowane na całym świecie: 11 w Hongkongu, cztery w Singapurze, po dwa w Szanghaju, Tajpej i Nowym Jorku oraz jeden w Pekinie.

Jak wyglądają opłaty członkowskie w waszych klubach?

– Istnieje opłata za jednorazowe wejście oraz pakiety miesięczne od około 113 dolarów, dające możliwość nieograniczonego korzystania z jednego klubu, a także umowa na 24 miesiące w cenie ok. 190 dolarów za miesiąc, umożliwiająca dostęp do wszystkich naszych klubów Pure Yoga oraz Pure Fitness w Hongkongu, Szanghaju, Singapurze oraz Tajpej. Klienci mają również możliwość zawarcia umowy krótkoterminowej – na miesiąc lub trzy – lub płatności za spontaniczną wizytę w klubie.

Wspominałeś, jak ważne jest, aby posiadać dobrych instruktorów. W jaki sposób udaje ci się znaleźć odpowiednich ludzi?

– Robimy wszystko, co w naszej mocy, aby ich przyciągnąć. Odkąd zaczynaliśmy naszą działalność, udało nam się sprawić, że praca jako instruktor jogi na pełen etat naprawdę jest możliwa. Ponadto stworzyliśmy platformę, która pozwala nauczycielom rozwijać się razem z nami – dajemy im szkolenia, program stypendialny oraz możliwość regularnych spotkań, aby umacniać w nich poczucie wspólnoty. Dajemy im także możliwość prowadzenia zajęć grupowych, warsztatów, sesji indywidualnych oraz wyjazdowych. Chcemy być pracodawcą, dla którego chce się pracować. O ile zatrudniamy przede wszystkim osoby z doświadczeniem, tak naprawdę najważniejsza jest osobowość. Szukamy instruktorów, którzy sprawią, że każda z 50 osób na zajęciach będzie się czuła tak, jakby była w sali zupełnie sama.

Posiadasz także dwa kluby Pure Yoga w Nowym Jorku prowadzone przez firmę Equinox. W jaki sposób doszło do tej współpracy?

– Przed ośmiu laty firma Equinox rozważała wprowadzenie do swojej oferty zajęć jogi i uznała, że nasze doświadczenie mogłoby im pomóc. Ich studia są naprawdę piękne i bardzo nas cieszy to, co udało im się osiągnąć. Koncentrujemy się jednak na Azji – mamy tu wystarczająco dużo do zrobienia.

Skupmy się teraz na Pure Fitness. Co skłoniło cię do wejścia na ten drugi, dużo dojrzalszy rynek usług fitness?

– Czuliśmy, że joga staje się coraz bardziej popularna i że oferowanie obok siebie zajęć jogi i fitnessu jest takim kompleksowym podejściem. Wśród 700 klientów uczęszczających na jogę wielu ma na przykład partnerów, którzy wolą chodzić na siłownię; wielu naszych członków chciało także uprawiać jedno i drugie. Sensowne wydawało się więc wprowadzenie do naszych klubów miejsc, gdzie można trenować fitness. W Hongkongu zrobiliśmy to jednak inaczej, dając naszym klientom usługę premium. Pomyśleliśmy sobie, że potrzebujemy dobrej lokalizacji, nieco wyższych nakładów na wyposażenie wnętrz, strefy wypoczynku dla członków, a także ręczników, odzieży oraz darmowych jabłek przy kasie. Do tego płyty DVD, aby zapewnić rozrywkę osobom ćwiczącym na sprzęcie cardio. Wszyscy mówili nam: „No tak, ale to będzie musiało kosztować 110 dolarów miesięcznie, podczas gdy w innych klubach kosztuje 40 czy 55 dolarów”. Jednak jeśli ktoś jest naprawdę zadowolony z usługi – potrafi to docenić. A jeśli do tego jego stan zdrowia się poprawia – chętnie za to zapłaci. Dla przykładu, w naszych klubach można korzystać z najnowocześniejszego sprzętu, treningów personalnych, zajęć na TRX, Les Mills oraz innych zajęć grupowych; z pierwszego na świecie studia do fitnessu wirtualnego typu „Immersive Fitness”, gdzie ekrany w 270 stopniach otaczają ćwiczących; a także pierwszego w Azji studia spinningu RealRyder. Dziś mamy już 12 klubów Pure Fitness – osiem w Hongkongu, trzy w Singapurze oraz jeden w Szanghaju. W Hongkongu prowadzimy także hybrydowe centrum jogi i fitnessu pod nazwą Pure South – The Pulse.

Jak zamierzasz się dalej rozwijać? W jaki sposób chciałbyś finansować rozwój Pure Group w przyszłości?

– W grudniu zeszłego roku otrzymaliśmy środki od firmy FountainVest Partners, private equity z siedzibą w Hongkongu, a także z funduszu emerytalnego Ontario Teachers’ Pension Plan. Razem z Bruce’em jesteśmy udziałowcami firmy i zamierzamy nadal prowadzić firmę, ale oprzemy się także na doświadczeniu FountainVest w tworzeniu klubów 24 Hour Fitness oraz produktów prozdrowotnych marki GNC. Będziemy kontynuować nasz rozwój w Hongkongu, mimo że tamtejsze czynsze są wysokie, a nasze kluby niemałe – nasze studia jogi mają średnio od około 1100 do 1400 mkw. Interesuje nas biznesowe centrum miasta oraz najważniejsze punkty komunikacyjne. Szukamy także lokalizacji w Singapurze. To dla nas bardzo ważny rynek o wciąż niskiej penetracji od 4,2 proc. do 4,3 proc. Z kolei Chiny to rynek bardzo perspektywiczny, ale trochę czasu upłynie, zanim uda nam się tam rozwinąć. Pierwsze studio jogi otworzyliśmy w Szanghaju w roku 2013, a kolejne – w 2016. Nie ma jednak pospiechu – wolę być w Chinach pół roku za późno niż sześć lat za wcześnie.

W jaki sposób rozwijając się nieustannie zapewnicie, że wasza oferta będzie wciąż adekwatna?

– To właśnie jest wyzwanie. Codziennie rozmawiam z moimi ludźmi i mówię im, że musimy działać jak mała, sprawna firma. Biurokracja, papierologia i korporacyjne struktury – staram się unikać tego mimo naszego wzrostu. To, że jesteśmy więksi i oferujemy jogę oraz fitness większej liczbie osób, nie oznacza, że mamy choć odrobinę mniej pasji, że nie zależy nam już, aby ludzie byli nami zachwyceni. Tak naprawdę to właśnie teraz powinniśmy wykonywać naszą pracę jeszcze lepiej, ponieważ mamy silne zaplecze finansowe, dyrektora ds. obsługi klienta oraz nową osobę na stanowisku kierownika ds. utrzymania klienta. Miesięcznie tracimy 2,5 proc. klientów. Całkiem nieźle! Rozwijając się nadal, będziemy stawiać na jeszcze bardziej indywidualne podejście do klienta. W większym stopniu wykorzystamy technologię, w tym na przykład własną aplikację, aby tworzyć profile korzystających z niej członków, bazując na tym, na jakie zajęcia uczęszczają albo jakie smoothie najbardziej lubią. Dzięki temu będziemy mogli proponować im inne rzeczy, które również mogą im przypaść do gustu.

Patrząc w przyszłość, jakie ogólne trendy w branży fitness da się teraz zaobserwować?

– Ludzie coraz częściej zdają sobie sprawę, że zdrowe nawyki to sekret długiego i zdrowego życia, ale zaczynają także traktować inne rzeczy jako priorytet – sen, dietę, medytację, samopoczucie. Ja sam dwa lata temu przeszedłem na weganizm, a moje myślenie zmieniło się o 180 stopni. Spodziewam się, że takich przypadków będzie w najbliższych latach coraz więcej. Uważam też, że studia i kluby będą coraz częściej pełnić rolę ośrodka życia towarzyskiego. Ludzie nie chcą jedynie przyjść na zajęcia i od razu wyjść. Chcą poczytać gazetę, odpocząć z przyjaciółmi. Chcą czegoś więcej niż tylko ćwiczeń. Chcą mieć zdrowe życie.|

IHRSA oraz Club Business International Magazine wyraziły zgodę na tłumaczenie oraz publikację artykułu.

- REKLAMA -